Sowieckie fabryki cz. 1.
Chcecie cofnąć się w czasie? W Rosji o to nietrudno, nieważne czy chodzi o 5, 10, 30 czy 100 lat wstecz. Szczególnie łatwo o to w rosyjskich „zawodach”, czyli fabrykach. Na moje niedoświadczone oko zwiedzając fabrykę matrioszek w Siemionowie oraz Sormowską fabrykę wyrobów metalurgicznych znalazłam się mniej więcej w 1950 roku. O atmosferę radzieckich zakładów pracy sprzed kilkudziesięciu lat (przynajmniej w takim kształcie, w jakim ja ją sobie wyobrażam) o wiele łatwiej, gdy jest się wśród Rosjan, a nie z grupą obcokrajowców. Tych drugich przewodnicy traktują z mieszaniną strachu, nerwowego spinania się i bardzo, bardzo głęboko ukrytej pogardy dla rzekomej ignorancji ludzi Zachodu, którzy przyjeżdżają do Rosji tylko po to, aby popatrzeć na biedę, bród i zacofanie, jak na żywy skansen (bo czegóż innego mogą szukać turyści jeżeli zdecydowali się na ambitne poznawanie Rosji nie zaczynając go i kończąc w Moskwie?).
Wszystko wygląda inaczej, gdy zwiedza się z grupą rosyjską (a przewodniczka nie wie, że jestem obcokrajowcem…). W ramach mojego projektu, wraz z grupą upośledzonej umysłowo młodzieży, kilkakrotnie zwiedzaliśmy muzea i wystawy i zawsze byłam pod wrażeniem rosyjskich przewodniczek. Po pierwsze nie traktowały moich podopiecznych inaczej niż innych osób. Dzieciaki nie są głęboko upośledzone, ale nietrudno nie zauważyć, że ich reakcje np. wyrażanie zainteresowania i zadowolenia są bliższe dzieciom niż dwudziestoparolatkom, którymi w rzeczywistości są. W tych kilku miejscach, które dotychczas z nimi odwiedziłam zawsze traktowano nas miło, profesjonalnie, z zainteresowaniem i oddaniem. Tak, z oddaniem, bo Rosjanie, a właściwie rosyjskie kobiety (bez względu na wiek) mają pewien rodzaj wrażliwości objawiający się zupełnie nieoczekiwaną troską, nawet o ludzi, których znają bardzo krótko.
[Większość przewodniczek, które tu spotkałam prezentowała kolejną odsłonę „typowych Rosjanek”. Szare, chude, spokojne, ciche, inteligentne, o jasnych i mądrych oczach, wyglądały, jakby wygenerowano je z osobnego szczepu rosyjskiego rodzaju ludzkiego i hodowano tylko w muzeach. Stanowiły też kompletne przeciwieństwo innych „typowych Rosjanek”, które można spotkać w sklepach, na targach i w autobusach – grubych, czerwonoustych, o ekstremalnie cienkich i podkreślonych brwiach, w brzydkich kurtkach, koniecznie z elementem fikuśnego futerka w najdziwniejszych miejscach (futrzane kulki przy łokciach, coś a’la dwie zajęcze łapki przy kołnierzu itp.), w rozciapanych lakierowanych butach na obcasie, których to kobiet znakiem rozpoznawczym jest chamstwo (potrafią bez słowa chwycić siedzącego w autobusie człowieka za ramię i wypchnąć go z siedzenia, aby zająć jego miejsce) i trudna do uzasadnienia, objawiająca się w każdym geście i spojrzeniu czysta, niczym niezmącona złość.]
Fabrykę matrioszek w Siemionowie zwiedzaliśmy, jako grupa obcokrajowców w ramach on-arrival training. Przewodniczka była młodą dziewczyną, chudą, wielkooką, o brzydkiej cerze i nerwowym sposobie bycia. Siemionow to niewielka mieścina z zakurzonym ryneczkiem, wieloma drewnianymi domkami, odrażającymi blokami i podziurawionymi drogami (pojęcie „podziurawione drogi” jest, jak wszystko w Rosji imponujące i nie dające się porównać z niczym innym). Chlubą miasteczka jest wielki zakład produkujący matrioszki i wyroby zwane chochlamą. Matrioszki wszyscy znają, a chochloma to technika wytwarzania ludowej sztuki, od sprzętów kuchennych i takich klasyków, jak kubki i łyżki (być może zresztą nasza chochla ma coś wspólnego z chochlamą) po meble, ramy do obrazów, obudowy zegarów itd. Polega ona na powlekaniu drewna specjalną powłoką, na której umieszcza się kolejną powłokę, a potem przyozdabia ją różnego rodzaju malunkami. Wszystko w tonacji czerwono–złoto–czarnej. I tak jak często tutaj, człowiek czuje się kompletnie zdezorientowany czy chochlama jest jeszcze sztuką, czy już kiczem, a zidentyfikowanie płynnej granicy bezwartościowego badziewia i prawdziwej tradycji wytwarzania tych sprzętów jest prawdopodobnie niemożliwe.
Dla mnie najciekawszą sprawą był sam zakład. Wiele białoszarych budynków porozrzucanych na ogrodzonym terenie, kominy, dziwne rury, pordzewiałe śmieci, a pośród tego różowy (jakżeby inaczej) pomnik Siemiona – legendarnego wynalazcy chochlamy. Na terenie fabryki przy poszczególnych stanowiskach pracowali przy tokarkach mężczyźni nadając specjalnie przygotowanym kawałkom drewna opływowe kształty matrioszkowych skorup. Najbardziej uderzająca była atmosfera pracy. Ciemna i niska, rozciągająca się po horyzont hala, pracownicy bez okularów ochraniających oczy, góry wiórów na podłodze i intensywny, gryzący w oczy zapach lakieru i kleju. Myślę, że minimum od lat 50tych nic nie zmieniło się w tym miejscu.
O wiele przyjemniejsza okazała się część, gdzie kobiety malowały matrioszki. Na tacach przynoszono im całe zestawy figurek, które ręcznie malowały. Bardzo szybko i z zadziwiającą precyzją. Pracownice siedziały w pomieszczeniach wielkości szkolnych klas, przy podobnych stolikach. Każda miała wydzielone miejsce pracy, które przyozdabiała, jak chciała (w zależności od wieku, dominowały – zdjęcia półnagich facetów, wycinki z gazet o pielęgnacji roślin, czy robótkach, balony, żywe paprotki itd.). Atmosfera panowała , jak w wiejskim spożywczaku późnym letnim popołudniem. Kobiety były ubrane w kolorowe fartuchy i miały gołe nogi, na których opierały matrioszki podczas malowania. Nie wiem, czy ten sam krój tak samo kiczowato kolorowych fartuchów był wymogiem pracy tutaj, czy taka panowała moda, ale czyniło to z miejsca malowania matrioszek coś na kształt kolorowego, egzotycznego bazaru.
Chochlomę (lub chochlamę, różnie się to wymawia i nazywa) malowały również tylko kobiety, tym razem w kilku wielkich halach. Dziesiątki pracownic, w jednej z sal, które nam pokazano, plotkowało, przyglądało nam się podejrzliwie zza niezwykle tu popularnych paprotek i obracało w palcach filiżanki, łyżki i talerzyki tworząc nitkowate, precyzyjne wzorki. Na środku hali wylegiwał się kot, na jednym ze stolików ktoś położył pudełko z kolorowymi pomadkami, z wykaligrafowaną na kartoniku ceną 5 RUB, a w powietrzu unosił się zapach drewna i słodkawych farb.
Opuszczałam fabrykę oczarowana. Atmosfera tego miejsca – uśpionego Siemionowa, mieściny zagubionej pośród dzikich lasów, której główną atrakcją i zakładem pracy zapewniającym byt mieszkańcom jest wielka fabryka matrioszek i drewnianych naczyń – była nierzeczywiście bajkowa. Sam teren fabryki z ponurymi budynkami i pordzewiałymi maszynami na zewnątrz, z kolorowymi salami, gdzie pracowały kobiety w środku oraz zarzuconymi żółtymi wiórami halami, gdzie obrabiano drewno, z różnokształtnymi, powyginanymi maszynami o trudnym do ustalenia przeznaczeniu – to wszystko z jednej strony zachwycało, a z drugiej porażało (zacofaniem, brakiem środków ochrony pracowników itd.)
Rosyjskie fabryki, takie jak Siemionow, czy zakład metalurgiczny, o którym będzie kolejny wpis, pokazują wiele rzeczy, np. jak państwo traktuje zwyczajnego człowieka – szarego pracownika (ma go gdzieś, nie dbając o jego zdrowie podczas pracy), jak państwo traktuje narodową sztukę ludową (ma ją gdzieś, czy ktoś z Was słyszał o chochlomie? Matrioszki to inna sprawa, stały się popularne na cały świat niezależnie od zabiegów marketingowych państwa.), jak państwo traktuje rozwój regionalny (ma go gdzieś, bo czy ktoś wie, że właśnie w Siemionowie wytwarza się większość matrioszek, które sprzedaje się w europejskiej części Rosji, a te najbardziej tradycyjne żółto-czerwone wynaleziono i produkuje się tylko tu?) itd.
[Wiem jedno, po wizycie w tej fabryce będę w stanie docenić nawet najbrzydszą matrioszkę i najbardziej kiczowaty chochlamowy kubek. Nawet jeżeli nie są sztuką, dla mnie stanowią część prawdziwej, zwyczajnej, mojej ulubionej Rosji.]
- Chwilę po przekroczeniu bramy siemionowskiego zakładu
- Nie, nie, to nie miejsce porzucania ofiar przez seryjnych zabójców, to teren matrioszkowej fabryki…
- Malowniczy pan przy tokarce tworzący matrioszkową skorupę
- Nowoczesne maszyny, zakupione jakieś sto lat temu od nie całkiem bratnich braci z Zachodu
- Najbardziej kolorowa część zakładu
- Najbardziej kolorowa część zakładu
- Szybkie pociągnięcia pędzlem, precyzyjne wykończenie – nawet pod okiem wglapiających się w każdy ruch obcokrajowców….
- Hala, gdzie malowano chochlamowe sprzęty
- Chochlomowe łyżki
- Podobno każda osoba malująca chochlomę ma swój niepowtarzalny styl. Koneserzy potrafią go rozpoznać i np. wrócić do fabryki po inne sprzęty, ale tego samego artysty który zdobił zestaw kubków, który wcześniej zakupili..










