On-arrival training cz. 2.

Drugą połowę naszego szkolenia, czyli pozostałe 4 dni spędziliśmy w środku lasu, w ośrodku wypoczynkowym nad wielkim jeziorem, czyli Zalewem Gorkowskim, zwanym przez Rosjan Morzem Gorkowskim. Wiosny, którą już prawie można było zobaczyć w mieście, w lesie nie było ani śladu. 60 cm śniegu, całkowicie zamarznięte jezioro i zimne pokoje zabiły marzenia o ociepleniu.

Spacer nad Zalew Gorkowski był jednym z bardziej niesamowitych doświadczeń. Całkowicie zamarznięty akwen, z pojedynczymi czarnymi punkcikami w oddali, czyli niezmordowanymi i zaprawionymi w siedzeniu na lodzie godzinami rybakami, zrobił na mnie duże wrażenie. Otoczony lasem od strony, z której przyszłam, rozciągający się po sam horyzont teren sprawiał wrażenie kompletnej pustki. Cisza była tak głośna, że aż dzwoniła w uszach. Na bardzo odległym, drugim brzegu jeziora majaczyły maleńkie drzewa. Żadnych śladów cywilizacji, zero domów, dymów z kominów w oddali, poszczekiwania psów, słupów wysokiego napięcia czy szumu przejeżdżających gdzieś samochodów. Cisza, przestrzeń, pustka. Idąc w głąb zamarzniętego zalewu miało się ochotę biec. Ze wszystkich stron otaczała człowieka przestrzeń, która dawała poczucie niesamowitej wolności. To nie była wycieczka do lasu, czy w góry, z przyrodą i różnokształtnym krajobrazem. To była dzika, niezmierzona, biała pustka. Drzewa tylko na niektórych krańcach jeziora, las za mną i niekończąca się pokryta śniegiem powierzchnia lodu. Byłam tam z grupką wolontariuszy kilka razy podczas szkolenia. Wszyscy odczuwaliśmy to samo dziwne, ogarniające całe ciało uczucie, że chce się biec przed siebie. Wszystko znikało, nie myślało się o niczym innym. Pustka upajała.

Ośrodek składał się z kilku budynków, drewnianych lub murowanych, rozrzuconych w lesie. My mieszkaliśmy w murowanym. Kaloryfery nie działały, ale wręczono nam po elektrycznym grzejniczku, jednym do każdego pokoju. W podstawówce bywałam na obozach, czy wycieczkach w tego typu instytucjach, ale to było wiele lat temu. Prawie zapomniała klimat małych kiluosobowych pokoi z jedną rozpadającą się dużą szafą, łóżkami z czystą pościelą i prowizorycznym dywanikiem. Stołówka i tzw. conference room znajdowały się w innym budynku.

Oba pomieszczenia były różowe. Ze stołówki można było obserwować wielką kuchnię z parującymi garami, stosami talerzy, blachami z upieczonym mięsem oraz wielkim , tłustym Garfieldopodobnym kotem przemieszczającym się z leniwą gracją pomiędzy tym wszystkim. Dwie rzeczy były tam kompletnie nie do zniesienia – zapach i temperatura. Po przekroczeniu progu jadalni ogarniała nas grzybicza, wilgotna woń mokrych murów i tkanin. Nie wiem, co ją wydzielało, pleśń widziałam tylko na suficie. Ze względu na nie działające nigdzie kaloryfery i wielką powierzchnię pomieszczenia panowało tam potworne zimno. Jedliśmy w kurtkach i czapkach, a posiłki błyskawicznie stygły. Nie była to bynajmniej fanaberia rozpieszczonych i delikatnych obcokrajowców nieprzywykłych do rosyjskiej zimy. 2 kucharki, władczynie tego miejsca, również były ubrane w kilka warstw swetrów i jakieś kapoty, z okutanymi szczelnie szyjami i głowami.

Jedzenie przygotowywane własnoręcznie na początku wszystkim smakowało. 2 razy dziennie dostarczano nam do sali, gdzie mieliśmy zajęcia ciepłe pierożki (l. poj. pierożok), które wbrew pozorom nie mają nic wspólnego z naszymi pierogami. Był to rodzaj pieczywa upieczonego w piekarniku. Ciasto, dość tłuste, lekko chrupiące na zewnątrz, wilgotne w środku z nadzieniem i o kształcie zależnym od fantazji kucharza. Nasze kucharki nadziewały je marmoladą jabłkową (podobno klasyk) lub białą gotowaną kapustą, słodkawą i pieprzną, a każdego dnia formowały je inaczej (łezka wielkości dłoni, kółko z kleksem marmolady, grzebienie itd.). Pierożki były pyszne! Nie wiem, czy ze względu na ogólne zimno, czy z innych powodów, ale wszyscy bez wyjątku mieli na tym wyjeździe wielki apetyt. Pierożki dostarczano nam w ilości „do oporu”, więc w przerwach między śniadaniem, obiadem a kolacją jedliśmy to pieczywo, co podsumowując składało się na 1 nieustanny całodniowy posiłek.

Śniadania składały się z kawiarki z grubymi plastrami salami i za dużymi kostkami masła (większość z nas nie jadła ani salami ani masła), oraz czegoś mlecznego. Raz była to kaszka manna, przyrządzona już z cukrem i masłem, raz takaż owsianka, raz ryż, czy zapieczone ciastko ryżowe ze zguszczonką (czyli zagęszczonym mlekiem, o różnych odcieniach od jasnego beżu po brąz, które Rosjanie dodają do wszystkiego – ciastek, cukierków, pieczywa, ryżu itd.). Ja, Niemcy, Austriaczki i Holenderka zjedliśmy kaszkę z przyjemnością, okraszoną dodatkowo rodzajem wspomnienia z dalekiego dzieciństwa. Moja francuska współlokatorka nie znała tego rodzaju potrawy i nie miała ochoty nawet spróbować lepkiej, słodkiej, mlecznej masy, a definitywnie nie należy ona do osób wybrzydzających jedzenie. Było to ciekawą lekcja kulturowej odmienności i tego, jak nawyki z dzieciństwa wpływają na to, co się lubi w starszym wieku.

Pozostałe posiłki składały się z sałatek (zawsze z majonezem), z czego warta wspomnienia jest ohydna sałatka z małymi kawałkami sinej, gotowanej wątróbki. To była jak na razie moja jedyna rosyjska potrawa, której nie mogłam absolutnie znieść. Dwa razy dziennie podawano nam ryż, ziemniaki, lub kapustę z kawałkami galaretowatego, chrzęszczącego w zębach mięsa, obficie polanego gęstymi sosami. Myślę, że kucharki kierowały się prostą zasadą, że im więcej mięsa i sosu tym lepiej, ale było dokładnie odwrotnie, a po pierwszym dniu nikt już tego mięsa nie jadł. Zupy również były bardzo tłuste, ale dość smaczne i o w miarę normalnych smakach, jak barszcz, czy zupa ziemniaczana.

Oprócz lekcji rosyjskiej kuchni na treningu dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o Rosjanach. Nasza trenerka uświadamiała nas, że obcokrajowcy w Niżnym to nadal coś niezwykłego. Miasto było strefą zamkniętą do połowy lat 90tych, więc trudno się dziwić reakcjom jego mieszkańców, na ludzi z zagranicy. Na terenie regionu niżnogrodzkiego nadal istnieją strefy zamknięte.

Dowiedzieliśmy się też, że Rosjanie lubią być obdarzani komplementami oraz, że zanim wprost powiedzą, że coś im się nie podoba, albo odwrotnie, że czegoś chcą, krygują się i odgrywają rodzaj scenki „nie, nie, wszystko jest w porządku”, którą trzeba negować i dopytywać się wiele razy, o co naprawdę chodzi.

Przygotowywanie sałatki „śledź pod szubą”, śpiewanie rosyjskich ludowych piosenek i obejrzenie „Cyrulika syberyjskiego” oraz bajki „Morozka” (z której dowiedzieliśmy się, że idealna rosyjska żona wygląda, jak 12latka, mówi słodkim głosiczkiem i zawsze się ze wszystkimi zgadza, a idealny rosyjski mąż ma tlenioną blond czuprynę, błękitne oczy i jaskrawo czerwone usta, a do upolowania czegokolwiek wystarcza mu 1 strzała) zakończyło kulturową część szkolenia. Następnego dnia bez żalu opuściliśmy pokoje i ruszyliśmy do Siemionowa, miejscowości, gdzie mieliśmy spędzić ostatni dzień, zwiedzając fabrykę matrioszek.

[W drodze powrotnej dowiedziałam się, że w tej okolicy żyją niedźwiedzie i wilki. NIEDŹWIEDZIE I WILKI!!! No tak, jestem w Rosji, ale to tylko zwykły wielki las, bardziej dziki i rozległy, ale jednak… NIEDŹWIEDZIE I IWILKI. Nadal trudno mi w to uwierzyć.]

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.